Seth Rollins – jak zabić babyface’a.

transparent jednego z fanów obecnych na Hell in a Cell PPV

27 stycznia 2019. Stadion Chase Field w Stanie Arizona. 40 000 fanów radośnie wiwatuje na cześć Setha Rollinsa, który wygrał właśnie Royal Rumble match i na kwietniowej WrestleManii zmierzy się z Brockiem Lesnarem starając się odebrać mu jego wersję pasa mistrza świata.

Wszystko idzie zgodnie z planem i po przyzwoitym feudzie około 70 000 widzów obejrzało jak ich idol pokonuje byłego mistrza wagi ciężkiej UFC. Publika ponownie głośno opowiedziała się po stronie ex-Tylera Blacka. Jak to się więc stało, że pół roku później cheerujący go fani są mniejszością i odstępstwem od reguły? Zobaczmy.

Do czerwca nie było źle – mieliśmy mini feud z Kofim Kingstonem oraz rywalizację z AJ Stylesem. Niestety, z nadejściem drugiej połowy roku zaczęły się problemy.

Give. Him. Corbin…?

Nowym pretendentem do pasa Universal został bowiem Baron Corbin, który mógł się „pochwalić” tym, że jescze kilka miesięcy temu budowane wokół niego Raw co tydzień notowało najgorsze oglądalności w historii programu.

Zaczęło się od walki na arabskim Super ShowDown – co z miejsca nie napawa optymizmem, jeśli chodzi o reakcje publiki – gdzie za swoją porażkę pretendent obwinił sędziego i dostał kolejnego title shota na następnym PPV federacji: Stomping Grounds. Na Raw Corbin ogłosił, że kolejną walkę między zawodnikami sędziować będzie osoba wskazana przez jego samego – bo powody.

Wspomniane show cieszyło się tragicznym zainteresowaniem fanów i ostatecznie Rollins vs Corbin oraz Roman Reigns vs Drew McIntyre (najbardziej promowane storyline’y odpowiednio na Raw i SmackDown – w przypadku niebieskiego brandu Szkot reprezentował feudującego z Reignsem Shane’a McMahona) przyciągnęły na trybuny 6000 osób i byłoby jeszcze gorzej, gdyby WWE nie rozdawało biletów za darmo w miejscowych centrach handlowych w dniach poprzedzających PPV.

Skoro taki gimmick match, to i wiadomo, że starcie się nie skończy, dopóki nie będzie jakiegoś zamieszania z osobą w pasiaku – W tym przypadku na sędziego wybrana została Lacey Evans, która na początku gali przegrała z Becky Lynch (prywatnie narzeczona Rollinsa) – wiedziałem to ja, wiedziałeś to Ty drogi czytelniku i zebrani na arenie widzowie, co w połączeniu z dość marnym storyline’em i Baronem Corbinem w ringu sprawiło, że fani byli zainteresowani wszystkim innym, tylko nie tym, co dzieje się między linami.

W trakcie tych lekko ponad 18 minut mogliśmy więc posłuchać skandowania całej listy przebojów od „CM Punk!” przez „This is boring!”, „AEW!”, „This is stupid!” do niesłyszanego już od kilku lat „Let’s go Cena! Cena sucks!”. Jakby się ktoś zastanawiał, Johny w tamtym momencie był pół roku po swojej ostatniej walce.

W końcu z pomocą i zbawieniem dla oglądających zjawiła się Lynch, atakując Evans. W międzyczasie w ringu pojawił się sędzia John Cone – ten sam, który sędziował wcześniejszy pojedynek między panami – i po superkicku i Curb Stompie Rollinsa na Corbinie odliczył do trzech.

Evans ma blond włosy – Corbin jest wysoki. Oboje feudują z najbardziej popularnymi gwiazdami w federacji. Fani błagają o coś dobrego, ale Vince wpada na genialny pomysł kontynuowania i połączenia tych dwóch rywalizacji. Patrz pierwsze zdanie. Oczywiście nie zabrakło dziwacznego gimmick matchu: na Extreme Rules dojdzie do mixed tag matchu z oboma pasami na szali. Jeśli Rollins bądź Lynch zostaną spinowani lub poddadzą walkę, oboje tracą swoje mistrzostwa.

Optymiści przez chwilę robili sobie nadzieję, że Becky podciągnie odrobinę Setha na mikrofonie, gdzie ostatnimi czasy był raczej nijaki i dzięki ich chemii (w końcu są w związku!) przynajmniej ich segmenty dadzą trochę rozrywki. Niestety, efekty był odwrotny i dostaliśmy coś, co można znaleźć wpisując w wyszukiwarkę słowo „cringe”.

„Tylko zmień trochę, żeby facetka się nie zorientowała…”

Na PPV Rollinsowi udało się obronić oba pasy, dzięki czemu mógł wreszcie zakończyć konflikt z Corbinem i rozpocząć nowy rozdział… Rozpoczynając feud rywalizację z Brockiem Lesnarem, który dzięki wykorzystaniu walizki Money in the Bank (którą wygrał w walce, w której nawet nie brał udziało – just WWE things) przejął od niego pas mistrza Universal. Tak, tym samym Brockiem Lesnarem, któremu dopiero co ten tytuł odebrał.

Mało tego, nawet nie dostaliśmy kontynuacji ich rywalizacji. WWE potraktowało swoich fanów jak idiotów niepamiętających, co się działo trzy miesiące wcześniej i dostaliśmy bezczelną kopię tego samego feudu, który dopiero co widzieliśmy przy okazji WrestleManii: Brock jest niepokonanym potworem, który trzyma pas i nigdy go nie ma, ale nikt nie może z tym nic zrobić, bo nie potrafią go zwyciężyć – Rollins underdogiem, dla którego zwycięstwo z Lesnarem byłoby czymś niewiarygodnym i nieosiągalnym. Mieliśmy tu także typowy przykład bookowania babyface’a na idiotę rzucającego się na Lesnara na nic nieznaczącym ostatnim show przed PPV, nie mając zgody lekarza na powrót, zamiast rehabilitować się na walkę samą w sobie.

Kilka tygodni później na pierwszym Raw po SummerSlam – gdzie Seth ponownie wygrał z Brockiem po raz pierwszy, a WWE ponownie pokazało, że wie jak zmarnować walizkę, ale to temat na inną dyskusję – Rollins wyszedł do ringu, by szczerze wyznać fanom, że nie wierzył w to, że jest w stanie to zrobić. Mimo tego, że przed chwilą to widzieliśmy. Warto także wspomnieć, że cały czas w trakcie opowiadania tego story podczas wejściówki pretendenta w tle na titantronie czy LED-owych krawędziach ringu widniały grafiki z napisem Beast Slayer odnoszące się do jego triumfu z WrestleManii.

Kolejni w kolejce do rywalizacji z naszym bohaterem byli Braun Strowman, będący babyfacem, bo jak wiadomo, nic tak nie ratuje podupadającej w oczach fanów pozycji twarzy Twojej federacji, jak feud z inny popularnym zawodnikiem, którego jakaś część – już nie tak wielka, jak kilka lat temu, ale wciąż – chciałaby w końcu zobaczyć ze złotem oraz powracający… babyface Rusev! Amerykanin został odprawiony na Clash of Champions – Bułgar na jednym z Raw.

Money talk…

W tak zwanym międzyczasie w wywiadach i mediach społecznościowych postanowił stanąć w obronie WWE. I o ile mówienie, że w federacji pracują świetni ludzie, wszyscy się starają i według niego to najlepszy produkt na świecie można jeszcze jakoś usprawiedliwić, o tyle nazywanie innych organizacji „minor leagues” czy twierdzenie, że jest najlepszym wrestlerem na świecie i nikt nie jest w stanie występować z taką częstotliwości, na takim poziomie jak on argumentując to tym, że… on zarabia więcej, może co najwyżej zrazić do niego kolejne osoby.

Odszukując tę dyskusję znalazłem także taką mała ciekawostkę od pana Jericho…

Oberwało się także Jonowi Moxley’owi (Dean Ambrose w WWE), który usłyszał, że „zabrał swoje zabawki i poszedł do domu”. A ja myślałem, że nie robiąc żadnych problemów, dokończył swoje zobowiązanie kontraktowe i najzwyczajniej w świecie postanowił nie przedłużać umowy… Jak śmiesz chcieć odchodzić z WWE?!

Żeby być uczciwym, trzeba przyznać, że wkrótce za swoje słowa na twitterze przeprosił.

Wniosków chyba jednak wyciągnąć się nie udało, bo patrząc obecnie na jego profil twitterowy można zobaczyć jak opisuje się „best wrestler alive”. Dacie wiarę, że z wrestlingowego światka od dłuższego czasu najlepiej z mediami społecznościowymi radzi sobie… Becky Lynch?

Let him in…

I wreszcie docieramy do naszej wisienki na torcie. W jednym z odcinków swojego Firefly Fun House Bray Wyatt między wierszami wspomniał, że spotka się w celi z kimkolwiek, kto akurat będzie mistrzem Universal na Hell in a Cell PPV. Jak już wiemy, na październikowym show mistrzem Seth Rollins.

Jak na monster heela przystało, Wyatt wkrótce zaczął terroryzować naszego championa a, jako że zgodnie ze swoim nowym gimmickiem, gdy jego złe alter ego – lub przebiegły Bray stara się w ten sposób zwyczajnie przestraszyć rywali, nie znam odpowiedzi na pytanie, które story opowiada nam WWE i czy oni sami wiedzą – przejmuje kontrolę, zakłada on maskę.

Okazuje się, że wystarczy to, by bohaterski babyface, za którym mają stawiać się miliony… rozpłakał się w narożniku, nie potrafiąc nawet opuścić ringu pod dolną liną czy uciekał w przerażeniu, kiedy zbliżało się kolejne spotkanie.

Przez parę miesięcy segmenty z odświeżonym Wyattem zbierały same pochlebne opinie wśród fanów, który z tygodnia na tydzień stawał się coraz większym faworytem fanów. Dodatkowo wszyscy mają w pamięci jak organizacja potraktowała go przy jego wcześniejszym title reignie, mając z tyłu głowy to, że zdecydowna większość pomysłów, które tak im się podobają wychodzą z inicjatywy samego wrestlera. Z drugiej strony gość, który z każdym kolejnym show jest bookowany na większego frajera niż tydzień wcześniej, a poza TV nie pokazuje się w najlepszym świecie.

Pamiętacie kto tu jest heelem, a kto facem?

Na Hell in a Cell nasz mistrz wyszedł jako wróg publiczny numer jeden w oczach widowni i nie pomogło nawet wyciszanie mikrofonów przez federację w trakcie segmentu z wywiadem. Żeby tego było mało, WWE ponownie błysnęło, serwując nam niezbyt skomplikowaną, ale za to najzwyczajnie w świecie idiotyczną walkę. Wyatt ostatecznie kilk outował po 11 (słownie jedenastu) Curb Stompach – zabijając w oczach wielu, w tym mnie, wiarygodność finishera Rollinsa – pedigree (poważnie!) i użyciu wielu przedmiotów.

Fani odwrócili się od wrestlerów w momencie, kiedy Sister Abigail w klatkę nie przyniosła wyczekiwanego rezultatu i zrozumieli, że title change’u dzisiaj nie zobaczą – spora część z nich i tak by nie zobaczyła przez czerwony kolor klatki, ale to inna historia. Jak więc wybrnęło WWE z tej sytuacji? Jednym z przedmiotów, którymi zainteresował się Rollins, był wielki młot odnaleziony pod ringiem przez jego rywala. Kiedy ten jednak chciał go użyć, sędzia wcielił się w rolę jego terapeuty, mówiąc, że to przecież nie w jego stylu i nie chce tego robić.

Rollins zrobił. Sędzia zakończył walkę. DQ? No contest? W Hell in a Cell matchu? O tak. Co ciekawe podobne zakończenie zobaczyliśmy rok temu, kiedy do klatki z walczącymi wdarł się Brock Lesnar, zostawiając ich nieprzytomnych na ringu. Wtedy było głośne buczenie, uwierzycie, jeśli Wam powiem, że teraz też?

Po podniesieniu klatki medycy zajęli się Wyattem, który po chwili już zmartwychwstał i odpowiadał na ataki swego przeciwnika. Po zejściu z anteny publika ponownie głośnym buczeniem dała wyraz swojego niezadowolenia. Nie obyło się także bez chantów „Refund!” „AEW!” czy „Bullshit!”.

Na Raw dzień później nie było żadnego z uczestników main eventu z poprzedniego dnia, a WWE ograniczyło się do krótkiego wspomnienia o wydarzeniach między wierszami. W następnych tygodniach każde wspomnienie opisanych wyżej wydarzeń spotykało się z buczeniem. Podobnie ma się sprawa z naszym heroicznym mistrzem świata, którego w najlepszym wypadku wita mieszana reakcja a choćby tydzień temu mógł posłuchać nawoływań do Phila Brooksa w trakcie swojego proma. Było też spalenie Firefly Fun House’u, które sporo osób odebrało za double turn, mimo że nim nie było, ale nie kopmy już leżącego.

Ale John Cena…

Ktoś może powiedzieć, że przecież nie jest pierwszym babyfacem w WWE, który spotyka się z mieszanymi reakcjami fanów. Nie, nie jest, ale jak możemy przeczytać w tygodniku Wrestling Observer Newsletter Dave’a Meltzera czy usłyszeć w jego podcastach (a od jakiegoś czasu ponownie ma ratingi segment po segmencie w swojej gazecie, polecam) segmenty z udziałem Setha Rollinsa w ostatnim czasie cieszą się jednym z najmniejszych bądź najmniejszym zainteresowaniem na odcinkach Raw. Odcinek sprzed dwóch tygodni, od początku budujący do main eventowego starcia w Wesołym Domku Braya między Rollinsem a Wyattem z pierwszej na trzecią godzinę stracił 21% widowni (24% w najważniejszej grupie demograficznej 18-49), co było 8 największym takim spadkiem w historii show.

Cena może nie był Hulkiem Hoganem czy Stevem Austinem i nie sprawił, że popularność WWE rosła – raczej spowolnił jej spadek, ale kiedy się pojawiał – ludzie oglądali czy kupowali bilety chętniej, niż w przypadku innych w rosterze. Roman Reigns, który miał przejąc od niego pałeczkę może i nie był trafionym wyborem i nie przyciąga ludzi nawet już oglądających, ale nie odpycha też fanów w jakichś znaczących ilościach. Ot, nie robi większej różnicy. Tego samego nie można niestety – przynajmniej na ten moment – powiedzieć o bohaterze tego tekstu.

Co dalej, pytacie? Heel turn albo odbudowa. Jeśli zależałoby to ode mnie, wybrałbym to pierwsze, mając na uwadze to jak beznadziejne jest WWE w prowadzeniu swoich babyface’ów (poza opisywanym wyżej przykładem można przywołać choćby przejścia z NXT do main rosteru postaci stojących po jasnej stronie, których nie dało się zepsuć, a oni i tak to zrobili jak Sami Zayn czy Bayley). Tym bardziej że w przypadku próby odbudowania go w obecnej roli nie stanie się to z dnia na dzień, a potrzebny będzie dłuższy proces w federacji znanej z tego, że wszystko musi być na już.

Jedna myśl na temat “Seth Rollins – jak zabić babyface’a.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s